środa, 31 sierpnia 2011

UOGÓLNIANIE TOMIZMU (1)

Wielu przybyszów do tradiświatka zauważa, iż tradycjonalizm to nie tylko czcigodna stara msza, ale cała zbudowana wokół tego kultura, czy więc cywilizacja. Innymi słowy, tradycjonalizm to zjawisko pakietowe, kumulujące w sobie szereg doktryn natury religijnej, filozoficznej, społecznej czy też politycznej. Pomocna w zrozumieniu genezy takiej „paczki” staje się teza o. prof. Mieczysława Krąpca, iż „religia jest ogniskową kultury”. Oznacza to mniej więcej tyle, że religia, a w szczególności wyznawany kult (żeby nie powiedzieć wręcz liturgia) tworzą swoisty paradygmat rozwoju wszystkich pozostałych dyscyplin życia człowieka. W luźniejszym stwierdzeniu można by chyba użyć słowa „inspiracja”, ale zależności są chyba tutaj dużo bardziej ścisłe. O ile takie zależności dość łatwo uchwycić w kategoriach sztuki – na przykład utrwalona w literaturze muzycznej forma zwana mszą – o tyle w sferze samego myślenia problemy wymagają już dużo głębszej wiedzy i analizy. Obecnie więc chciałbym się zająć jednym z naczelnych filarów tradidoktryny, jakim jest filozofia tomistyczna. Przyjmę tutaj jednak zdecydowanie nietradycyjną definicję filozofii jako nauki o genezie i rozwoju pojęć, starającej się wyjaśnić, dlaczego tak, a nie inaczej myślimy. Zabieg taki wydaje się wręcz konieczny, ponieważ nie sposób jakiegoś systemu ocenić z jego wnętrza, natomiast absolutyzowanie jakiegokolwiek systemu bez poznania jego granic jawnie koliduje z uczciwością myślenia. Nikt nie może być sędzią we własnej sprawie.
Zgodnie z takim schematem filozofia nie jest nauką o przyrodzie, funkcję tę spełniają znacznie lepiej doskonale dziś rozwinięte nauki przyrodnicze. Co więcej, swój absolutny sens traci pojęcie philosophia perrennis (filozofia odwieczna), którym to mianem często się filozofię tomistyczną określa. W mojej opinii nie ma takiej filozofii, ani jej być nie może. Wiem, mierzę tu wprost w tradidogmat, ale nie jest tak źle bo będę starał się pokazać, iż filozofia tomistyczna stanowi pewien zdecydowanie z pewnych fundamentalnych względów uprzywilejowany system pojęć, warunkujący powszechność przekazu wiary. Zagadnienie jest koncepcyjnie dość trudne, a jego pełne wyeksplikowanie ciągle in statu nascendi, dlatego zainaugurowany obecnie serial będzie wieloodcinkowy i nie do poduszki. Jeżeli się jednak wszystko uda, jak należy, osiągnięty efekt pozwoli na naukową obronę spuścizny św. Tomasza z Akwinu w duchu znanej fizykom zasady korespondencji, czyli ukazania ograniczeń i warunków stosowalności starej teorii w świetle teorii nowej, uogólnionej. Przykładowo, w ten sposób z perspektywy ogólnej teorii względności swoje ostatecznie zrozumienie uzyskała mechanika newtonowska. Z uwagi na fakt, iż obie te teorie są zmatematyzowane, łatwo w ich kontekście śledzić mechanizmy uogólniania i wzajemne relacje pomiędzy ich strukturami. Nikt nie zaprzeczy, że matematyka jest wiedzą, wyznaczającą standardy ścisłości myślenia.
Mam nadzieję, iż w ukazanej przez mnie perspektywie stanie się bardziej zrozumiałe, dlaczego przez długie wieki – praktycznie aż do czasów Soboru Watykańskiego II – teologowie ściśle się tomizmu trzymali. Podstawową zaletą takiego stanu rzeczy jest możliwość w miarę prostej, dostępnej dla szerszych rzesz wiernych, eksplikacji prawd teologicznych, co z kolei warunkuje powszechność i jasność przekazu wiary. Z drugiej jednak strony szybko może ujawnić się efekt negatywny w postaci cementowania pewnych systemów pojęć jako absolutne, czy wręcz objawione. Wówczas dochodzi do konfliktów na linii nauka-wiara, takich chociażby, jak sprawa Galileusza (choć podobno prawdziwie ścigany był za podważanie dogmatu o Eucharystii, a nie za szerzenie kopernikanizmu), czy też powodujący po dziś dzień zupełnie niepotrzebne kontrowersje ewolucjonizm. W kolejnym odcinku zajmę się „rozpakowaniem” pojęcia tomizm i próbą pokazania, czy rzeczywiście św. Tomasz był tomistą w dość dziwacznym sensie, w jakim się to dziś rozumie.

środa, 24 sierpnia 2011

MATEMATYCZNOŚĆ LITURGII


Z tezą o matematyczności przyrody można dość łatwo się zgodzić[1]. Bez wnikania w jej filozoficzne implikacje, nawet prosta intuicja laika podpowiada, iż opasłe tomy podręczników fizyki, w których aż jeży się od skomplikowanych wzorów, coś o przyrodzie mówią. Bez nich nie byłoby mowy ani o komputerach ani o telefonach komórkowych, bez których współczesnego życia nie sposób sobie wyobrazić. Zdecydowanie gorzej rzecz się ma z recepcją tezy o matematyczności liturgii. W dość szerokim wachlarzu reakcji na to na wskroś nieoczekiwane sformułowanie wyczytać można między innymi lęk przed okrutnym Bogiem matematyki, który, zastąpiwszy chrześcijańskiego Boga miłości, bezlitośnie wsadza swoich poddanych w sztywne karby matematycznych równań a sam upaja się tym, co wycisnął. Wersja „light” jedynie nieśmiało sugeruje, iż następne typiczne wydanie mszału rzymskiego zamiast rubryk zawierać będzie równania opisujące trajektorię ruchu celebransa w prezbiterium podczas celebry. Spostrzeżenia te wskazują na stereotypowe wyobrażenia o matematyce i bynajmniej nie przybliżają sedna proponowanego ujęcia. Tym niemniej intuicja, iż sprawa tyczy się rubryk, zawiera w sobie istotne ziarno prawdy.

Każdy, nawet pobieżny, kontakt z mszałem pokazuje, iż zapisane tam teksty czysto optycznie podzielić można na nigryki i rubryki. Nigryki zawierają teksty modlitw mszalnych oraz czytań z Pisma Świętego natomiast rubryki decydują o czasoprzestrzennym przebiegu akcji liturgicznej wskazując gdzie, kiedy i jak zapisane nigrykami formuły mają być realizowane. Rola nigryk w liturgii jest fundamentalna, gdyż liturgia stanowi formę kultu, wyrażającego naszą wiarę a ta z kolei niesie ze sobą treść, zawierającą się w pojęciach, komunikowanych wiernym przy pomocy słowa. Rolę słowa w teologii, a zwłaszcza Tego, „przez które wszystko się stało a bez Niego nic się nie stało co się stało” trudno przecenić, rozpina ono bowiem istotną przestrzeń łaski, dzięki któremu sam Bóg udziela się człowiekowi. Człowiek jednak, będąc psychofizyczną jednością, zanurzony jest w rzeczywistości fizycznej i tylko dzięki niej może komunikować innym a także samemu sobie to, co rozgrywa się w jego sferze duchowej na skutek przeżywanych treści. Jego duchowość, znajdująca niewątpliwie swój szczyt w liturgii, musi zatem realizować się w czasie i przestrzeni, czego naturalnym środowiskiem są rubryki mszalne. Można więc oczekiwać, iż sama akcja liturgiczna – jej struktura oraz dynamika – będzie znaczącym nośnikiem prawdy o samym Bogu i będzie właściwie usposabiała uczestniczących w niej do przyjęcia usłyszanego słowa. W tym też zasadza się istota teologii liturgii – dziedziny, która dzisiaj przeżywa pewien regres z uwagi na fakt, iż współczesny paradygmat liturgii zdaje się być raczej paradygmatem słowa niż rytuału. Warto więc szukać narzędzi, dzięki którym da się zgłębić znaczenie rubrykalnej struktury liturgii i jej dynamiki by w ten sposób odkrywać bogactwo, jakie w liturgii drzemie i w jaki sposób otwierać się na te rzeczywistości, których słowo z racji swojej ograniczoności nie jest w stanie bezpośrednio dotrzeć.

Mając na względzie ukazaną powyżej istotę słowa w liturgii, trzeba jednak z pewnym wyrachowaniem uświadomić sobie specyfikę przekazu pojęciowego, który odbywa się przy pomocy języka. Posługiwanie się językiem i związanymi z nim pojęciami napotyka na dwa istotne ograniczenia. Pierwsze z nich dotyczy aspektowego charakteru pojęć. Treść, która w pojęciach się kryje, stanowi swoiste „zamrożenie” istoty rzeczy, którą dane pojęcie opisuje z uwzględnieniem jedynie relacji koniecznościowych. Wielu myślicieli podkreślało radykalną nieadekwatność ludzkiego języka w opisie rzeczywistości nadprzyrodzonych, wskazując na dysproporcję, jaka zachodzi pomiędzy skończonością (ograniczonością) ludzkiego języka a bezmiarem (nieskończonością) Bożych tajemnic (np. średniowieczna teoria analogii)[2]. Z tego też powodu pojawia się istotne napięcie, kiedy treści objawione mają być wyrażone na sposób pojęciowy, napięcie to jest jednak nieusuwalne. Z pomocą przyjdą tu więc środki poznania pozapojęciowego, o których mowa będzie w dalszej części niniejszego eseju. Drugie z ograniczeń, w jakie uwikłane są pojęcia, stanowi kulturowa i cywilizacyjna komponenta ich powstawania. Innymi słowy, z każdym pojęciem nierozerwalnie wiąże się pewien obraz świata, który przyczynił się do jego ukształtowania[3]. Tego typu problemy niesie ze sobą również język dyskursu biblijnego, czego dobrym przykładem jest wykorzystana przez św. Mateusza znana alegoria wiejadła: „Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym”[4]. Wyrosła ona bowiem z obrazu, jaki na natchnionym autorze wywarła powszechna w tamtych czasach prymitywna technika rolnicza, polegająca na odwiewaniu plew od wymłóconej pszenicy. Była w ten sposób niezwykle przydatna do zilustrowania prawdy o Sądzie Ostatecznym.

Dziś niestety z pomocą nie przyjdzie nawet „wygooglowanie” słowa wiejadło, ponieważ na skutek rozwoju kultury rolnej, słowo to przestało w języku funkcjonować a jego pierwotny sens nie budzi we współczesnym człowieku żadnych skojarzeń. Tak na marginesie, to można by zapytać jak długo w potocznym języku przetrwa słowo „wygooglować” – tu proces może być o wiele szybszy zwłaszcza, jeśli wyszukiwarka Google zastąpiona zostanie nowym, doskonalszym produktem. Problem ten posiada również swoją bardziej współczesną odsłonę w postaci uświęconej tradycją i tak silnie akcentowanej przez Benedykta XVI zasady orientacji świątyń (a zatem i liturgii) ku wschodowi[5]. Wschód Słońca, będący alegorią powtórnego przyjścia Chrystusa, jest jednak czytelny tylko na Ziemi. W momencie, gdy liturgia celebrowana byłaby na innej planecie albo całkowicie w innej galaktyce, gdzie wschodu może nie być albo może wyglądać zupełnie inaczej, alegoria ta traci całkowicie swój oryginalny sens i przestaje być czytelna.  Choć szanse na to są dziś nadal niezwykle małe, warto zastanowić się, jak przełamać barierę poznania i języka potocznego, które implikują przedstawione powyżej ograniczenia i paradoksy. Poszukiwania takie są o tyle istotne, iż mogą umożliwić bardziej niż dotychczas skuteczną obronę kształtu katolickiej liturgii w czasach, kiedy przemiany w schematach myślenia i obrazach świata wymuszane są galopującym rozwojem nauki i techniki.

Współcześnie bardzo mało mówi się o teologii stworzenia[6]. I trudno chyba za to winić teologów. W paradygmacie kosmologii arystotelesowsko-tomistycznej o stworzeniu powiedziano bowiem  praktycznie wszystko, natomiast współczesna kosmologia z racji na poziom swojego zaawansowania dostępna jest umysłom wąskiego grona fizyków. Jest to natomiast zdecydowaną zachętą do uprawiania badań interdyscyplinarnych, czego niniejszy esej ma aspiracje być skromnym przykładem. Wracając do tematyki liturgii, warto obecnie zastanowić się, gdzie w ogóle rozpocząć poszukiwania, aby zapewnić dyskursowi o liturgii niezależność od zarysowanych powyżej problemów języka potocznego. Propozycja jest prosta – pochylić się znów nad stworzeniem i językiem jego opisu, zwłaszcza, iż już św. Bonawentura zachęcał nas do „czytania” dwóch ksiąg: Księgi Pisma Św. oraz Księgi Natury[7]. Z tej pierwszej w liturgii korzystamy obficie, czas więc może i na tę drugą.

Nowość prezentowanego tutaj podejścia zawiera się w tym, iż proponowanym językiem ma być język współczesnej fizyki i kosmologii jakim jest matematyka. Sama idea wykorzystania matematyki w opisie przyrody sięga swymi korzeniami do czasów starożytnej Grecji, gdzie pitagorejczycy uważali, iż fundamentalną zasadą wszystkiego, czyli arché, jest liczba. Doprecyzowując niejako pogląd św. Bonawentury, Galileusz stwierdził, iż Księga Natury napisana jest językiem matematyki. Słowa te okazały się o tyle prorocze, iż dzięki językowi matematyki, współczesna fizyka odniosła (i nadal odnosi) znaczące sukcesy w odkrywaniu tajemnic przyrody czyli – mówiąc językiem teologicznym – tajemnic zamysłu Bożego stworzenia. Przy tej okazji koniecznym jest także wyzbycie się pewnej potocznego myślenia o matematyce jako nauce o liczbie i stosunkach ilościowych. Współczesna matematyka to przede wszystkim nauka o strukturach. Z uwagi na fakt, iż struktury te wykazują bardzo wysoką skuteczność w opisie praw przyrody, dość powszechnie przyjmowana jest wymieniona na początku niniejszego eseju teza o matematyczności przyrody. Skoro więc język potoczny odpowiada strukturze rzeczywistości fizycznej w skali zamieszkiwanej przez człowieka i jest powszechnie stosowany w teologii, sensownym wydaje się dopuszczenie języka matematyki do dyskursu teologicznego zwłaszcza, iż swoim zakresem obejmuje on znacznie większy „obszar” Bożego stworzenia. Stwarza to przede wszystkim ważną szansę na uniwersalizację tego dyskursu i uwolnienie go od uwikłań od tych obrazów świata i metafor, na które skazane jest z góry stosowanie języków, ograniczonych do wąskiej skali rzeczywistości, jaką jest obszar klasyczny, zdroworozsądkowo doświadczany przez człowieka. Oczywistym jest fakt, iż nie chodzi tutaj o poszukiwanie „równania umysłu Boga”, tak, jak przykładowo usiłuje to zrobić Stephen Hawking[8]. Teza o matematyczności liturgii będzie raczej próbą wykorzystania pewnych ogólnych cech języka matematyki do wydobycia jej aspektów strukturalnych i opisania pewnych typów wewnętrznych relacji, które tę strukturę konstytuują.

Nie trudno zauważyć, iż tym, co definiuje strukturę liturgii są rubryki a w Ogólnym Wprowadzeniu do Mszału Rzymskiego drugi rozdział zatytułowany jest „Struktura liturgii”. Aspekt strukturalny liturgii wyraża istniejące w niej koniecznościowe relacje, które podyktowane są racjonalnością czasowego i przestrzennego rozkładu poszczególnych elementów liturgii. Przykładowo, akt pokuty następuje zawsze przed Komunią a zamiana ich kolejności odebrana zostałaby przez uczestników ceremonii jako przejaw chaosu i pogwałcenia sensu, jaki wynika z organizacji akcji liturgicznej w czasie. Relacje przestrzenne natomiast wynikają choćby ze wspomnianej powyżej zasady orientacji liturgii ku wschodowi, wiele uwagi można poświęcić by też zagadnieniu symetrii. W ogólności jednak istotną rolę odgrywa tutaj obserwacja, iż liturgia podlega pewnym koniecznościowym relacjom, dzięki którym staje się powtarzalna oraz przewidywalna. Z uwagi na fakt, iż takie walory nadaje prawom przyrody matematyka, można wnosić, iż teza o matematyczności liturgii to określona przez rubryki koniecznościowa struktura liturgii, gwarantująca jej powtarzalność i przewidywalność. Co więcej, czasami odnosi się wręcz wrażenie, iż ścisłość rubryk zachęca do napisania „równania trajektorii ruchu” celebransa. Uczestnictwo w obrzędach liturgicznych wiąże się więc z doświadczeniem niezmienności i uporządkowania, które utwierdza w przekonaniu, iż sam Bóg, którego sprawowany kult dotyczy, sam w sobie jest uosobieniem tychże przymiotów. To z kolei odsyła nas bezpośrednio do chrześcijańskiej koncepcji Boga jako logosu, stanowiącego źródło wszelkiej racjonalności. Boska racjonalność stanowi natomiast fundament cnoty nadziei, ponieważ tylko dzięki Boskiej racjonalności sens posiada dane przez Boga przymierze. Warto w tym momencie posłużyć się określeniem cnoty nadziei, jakie podaje Katechizm Kościoła Katolickiego: „Nadzieja jest cnotą teologalną, dzięki której pragniemy jako naszego szczęścia Królestwa niebieskiego i życia wiecznego, pokładając ufność w obietnicach Chrystusa i opierając się nie na naszych siłach, ale na pomocy łaski Ducha Świętego”[9]. W ten sposób matematyczność liturgii staje się pomocna w zrozumieniu, dlaczego jej aspekt strukturalny, wyrażony przy pomocy rubryk, jest obok nigryk uprawnionym nośnikiem treści teologicznych i w ten sposób odgrywa istotną rolę w liturgii. Dodatkowo także uzmysławia on, iż bagatelizowanie rubryk oraz przesadny kreatywizm liturgiczny mogą wpływać na ograniczenie doświadczenia misterium. Teologia liturgii jawi się więc w takim kontekście jako obszar badań interdyscyplinarnych, w ramach której zacieśnia się dialog pomiędzy nauką i wiarą pokazując, iż nie stoją one ze sobą w sprzeczności, a nawet osiągnięcia nauk są pomocne w głębszym ukazywaniu prawd o samym Bogu. I trudno się temu dziwić, skoro z punktu widzenia współczesnych nauk ścisłych język matematyki jest tym, którym przemawia do nas Księga Natury.



[1] M. Heller, Filozofia i wszechświat, Kraków: Universitas 2006, ss. 48-57.
[2] Św. Tomasz z Akwinu, Suma Theologiae, I, Q. 12.
[3] M. Heller, Wszechświat i słowo, Kraków: Znak 1980, s. 12.
[4] Mt 3, 12.
[5] Benedykt XVI (Kard. Joseph Ratzinger), Duch liturgii, Poznań: Klub Ksiązki Katolickiej 2002, 69-77.
[6] S. Śledziewski, Theologie der Schöpfung und die moderne Astrophysik. Die christliche Schöpfungsglaube im Dialog zwischen Theologie und Naturwissenschaften, Frankfurt am Main 2001, ss. 354
[7] Św. Bonawentura, De mysterio Trinitatis, XII, 1-2.
[8] S. Hawking, Krótka historia czasu, Poznań: Zysk i S-ka Wydawnictwo 2000, s. 162.
[9] Katechizm Kościoła Katolickiego, Art. 1817.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Słowo na powitanie

Szczęść Boże Drogim Czytelnikom,
Uległszy wielu namowom, postanowiłem uruchomić swojego bloga, na łamach którego pragnę dzielić się z Wami moimi przemyśleniami w całym szeregu kwestii, które obejmować mogą tematy kościelne, filozoficzne, naukowe oraz trywialne życiowe. Bloga zakładam celowo na neutralnym gruncie, ponieważ poglądy, które będę prezentować, są moimi poglądami prywatnymi, i nie pretendują do oficjalnych stanowisk zgromadzenia, które reprezentuję czyli Kapłańskiego Bractwa św. Piotra. Z tego też powodu blogu nie podpinam pod stronę www.fssp.pl. Chętnie też posłużę radą, czy też zwyczajnym dobrym słowem. Postaram się też w miarę terminowo odpowiadać. Przedstawiać się nie będę, ale w ramach opowiastki o sobie powiem, iż to co cenię najbardziej i to, co ciągle jeszcze kiepsko mi wychodzi, to uczciwość myślenia. Mam więc nadzieję, iż ten blog pomoże nam wszystkim myśleć uczciwie - bo po to nam Pan Bóg dał umysł - i pozostając w ten sposób w harmonii ze stworzeniem - będziemy lepszymi katolikami. Rozpisuję również konkurs na egzegezę tytułu bloga. Co to jest TK SDK?
Ks. Wojciech Grygiel