piątek, 31 sierpnia 2012

SZYNKA Z WIOCHY CZYLI O METAFIZYCE I POZIOMIE SZUMU


Od niepamiętnych czasów w sklepach wędliniarskich można było (i chyba można nadal) nabyć szynkę wiejską. Nazwanie szynki mianem „wiejskiej” odwołuje się bezpośrednio do wartości, jaką niesie w sobie pochodzenie szynki ze wsi, a mianowicie do świeżości, braku konserwantów, domowego chowu trzody chlewnej i wszelkiego rodzaju innej naturalności, przekonującej o zdrowotnych i smakowych walorach takiej wędliny. Co można by w takim razie uznać za przeciwieństwo szynki wiejskiej – najprawdopodobniej szynkę miejską, nafaszerowaną konserwantami, o bladym wyglądzie tak, jak i blado wygląda świnia spiętrzona w pomieszczeniach chlewnych masowej produkcji, nie biegająca wolno po polu (czy jak to mi jest osobiście bliżej: po dworze). Jak zatem w tym kontekście rozumieć termin „szynka z wiochy” i dlaczego akurat ten rodzaj szynki należałoby nabyć, a nie szynkę wiejską? Przyznaję się, szynkę z wiochy ostatnio nabyłem i była całkiem smakowita, zupełnie jak szynka ze wsi.

Wystarczy nieco poszperać w pamięci, by dojść do wniosku, iż określenie „wiocha” jest zdecydowanie pejoratywne, usiłujące postawić wieś w świetle zdecydowanie negatywnym, jako coś zacofanego, prymitywnego a nawet kompromitującego. Każdy z nas z pewnością kiedyś miał okazję udzielić komuś reprymendy „nie rób wiochy” z zamiarem przywołania do godnego zachowania, można powiedzieć „na poziomie”. Gdyby więc potraktować na serio etykietkę z szynki, należałoby absolutnie wstrzymać się od jej kupna. Paradoksalnie, taka szynka powinna przypominać szynkę miejską...

Z drugiej jednak strony sprzedawcy zależy na upłynnieniu towaru, stąd też nadawanie nazw towarom jest tak zorientowane, aby klienta do zakupu skusić. I trudno sprzedawcę za to winić, wie jak myśli „target”, do którego oferta jest skierowana. Słów więc parę na temat klienta i jego myślenia. Z punktu widzenia obiektywnych wartości produktu, przyklejenie etykietki „szynka z wiochy” jest nieracjonalne. Skoro tak się jednak dzieje, to sprzedawca ewidentnie usiłuje się odwołać do motywacji innych, niż wybrania produktu wartościowego. Polega on bowiem na intensyfikacji wrażenia na skutek ironii, jaka wynika ze skontrastowania sensu nadawanego szynce przez etykietę i tym, co o naturze dobrej szynki powszechnie. Innymi słowy, to odczuwanie emocji staje się czynnikiem determinującym podjętą decyzję. Na pewno o decyzji tej nie stanowi wybranie szynki według jej dobrze pojętej wartości.

Można by się pokusić o generalizację tej obserwacji i postawić tezę, że, zakładając klasyczną antropologię, w której sfera emocjonalna znajduje się poniżej i nie zazębia się ze sferą racjonalną, olbrzymia eskalacja emocji, dostarczana przez współczesny świat, zamyka człowieka na myślenie meta-fizyczne. Człowiekowi dziś jest trudno przebić się przez poziom szumu, stwarzany przez medialny hałas i natłok informacji, w efekcie czego ma on znacznie utrudnioną drogę do myślenia o sprawach, które dotyczą sfer zmysłowo niepostrzegalnych. Oczywiście byli tacy, którzy chcieli zanegować sensowność czegokolwiek, co jest empirycznie nieweryfikowalne. Sama współczesna fizyka zadała temu kłam – zmatematyzowane teorie obficie korzystają z obiektów, których nijak za pomocą zmysłów dotrzeć nie sposób. Człowiek nadal myśli metafizycznie i dzięki temu może uchwycić istnienie takiej istoty jak Bóg. Ważne to zagadnienie, szczególnie w obliczu nadchodzącego roku wiary. Postaram się nim szerzej zająć w kolejnych postach.

Klienta najczęściej dziś zwabia się wyprzedażą, promocją czyli tam, gdzie jest tanio. Zawsze ciekawiło mnie, czy udałoby się skutecznie sprzedawać towar z napisem „sprzedam drogo”. Pewnie tak, każdy towar ma przecież swojego klienta.